1260px × 712px — główne (43)

De La Fotta- pokaz mody

Anna Szubert / 2 sierpnia 2017 / Komentarze:

Niektórzy wierzą w przeznaczenie. Ja również, choć mam świadomość, że nie ma to żadnych podstaw naukowych :-). Gdybyśmy jednak na wszystko musieli przedstawiać dowody, życie mogłoby stać się udręką. A więc spotkałam Zuzannę nie bez powodu. Znaczy- przeznaczenie! I zostanę nawet modelką :-).

Wywiad z Zuzanną Szutenberg- projektantką, poliglotką, podróżniczką i wspólniczką mamy w firmie De La Fotta, których projekty będziemy mieli okazję podziwiać podczas pokazu mody Marka Wspiera Markę w Gdyni, 9 września.

Anna Szubert: Najtrudniej powiedzieć o marce krótko, najwyżej w trzech zdaniach. To całkiem trudna rzecz, dla wielu granicząca ze sztuką. Więc mam wyzwanie Zuza dla Ciebie. O De La Fotta w trzech zdaniach, dasz radę?

Zuzanna Szutenberg: Nawet w jednym! Prêt-à-Porter De La Fotta znaczy: nakładasz jedną rzecz, i jesteś dobrze ubrana.

AS: Zatopiona (śmiech). Skąd wziął się pomysł na markę? 

ZS: Mama powiedziałaby że De La Fotta powstała jako wynik syndromu opuszczonego gniazda. W tle naszej marki jest historia migracji: Mama wyjechała w latach 80-tych do Niemiec razem z mężem i z Zuzią, która wówczas była rocznym dobrze zapowiadającym się szkrabem (śmiech).

AS: A co powiedziałaby córka?

ZS: A córka powiedziałaby, ze zalążek De La Fotta powstał już o wiele, wiele wcześniej. Jako dziewczynka zarysowywała całe zeszyty kolekcjami ubrań (notabene tylko dla kobiet), jako nastolatka była najbardziej kolorowym ptakiem miasta, więc jako dorosła spełniła marzenia.

AS: Zuza, gdy myślę o twoich doświadczeniach, gdzie byłaś, co skończyłaś i ile znasz biegle języków obcych to przyprawia mnie to o zawrót głowy połączony z nutką niegroźnej, ale jednak zazdrości. I po tym wszystkim lądujesz w … Łodzi.

ZS: Od Polski nie da się uciec- mamy to w genach. Gdy po studiach w Berlinie, trafiłam na ławeczkę w Łodzi, usiadłam, spojrzałam na połatane i dziurawe chodniki poczułam się jak w domu, chociaż nigdy go tu nie miałam. To co to jest jak nie geny? (śmiech). Ta odległość między nami, między matką i córką, jest trochę podszyta nieludzką tęsknota, ale też i niezmiernie wyzwala pokłady energii i kreatywność, by tworzyć pomimo utrudnień, pomimo dystansu. Razem z mamą sporo podróżujemy. Wszędzie się spotykamy, szalejemy, objadamy się, nie tylko modowymi wrażeniami. Nasze sukienki jakby wypadają z kalejdoskopu wspólnych przeżyć.

AS: Tworzycie głównie sukienki? 

ZS: Tak! Po pierwsze obie z mamą kochamy sukienki, mówimy o sobie, że jesteśmy „sukienkowe.” Gdy chodziłyśmy na zakupy, zawsze wracałyśmy z sukienkami. Często były to jednak kreacje, na które potem trudno było znaleźć okazje.

Jako De La Fotta robimy sukienki w niecodziennym stylu, do noszenia właśnie na co dzień. Święta jest dla nas myśl, „by nałożyć jedną rzecz i być dobrze ubraną”. Uważamy, ze właśnie sukienka najbardziej realizuje tę ideę. Żaden inny element damskiej garderoby nie jest tak uniwersalny i nie tworzy również magicznej aury. Napędzała nas także fantazja mamy, która po pięćdziesiątce dalej pragnęła nosić oryginalne ubrania. Autentyczność sukienek jest dla nas ważnym aspektem – one maja sprawdzać się na każdej kobiecie – nie tylko na bardzo szczupłych, bardzo młodych modelkach, mają być trwałe i twarzowe, czyli noszone przez lata a nie tylko jeden sezon.

1260px × 712px — główne (44)

AS: I powstała marka, którą trudno pomylić z inną. Jesteście mega charakterystyczne!

ZS: Przyznaję, że dość szybko powstał rozpoznawalny styl i sylwetka charakterystycznej sukienki De La Fotta, czyli  obfitość wspaniałych tkanin ze Szwajcarii, Włoch, Francji i Niemiec, minimalistyczne kroje i klasyczne długości: kolanko albo midi bądź krótsza tunika do spodni. To właśnie rozumiemy jako ubrania ponadczasowe, oryginalne, unikatowe i na co dzień, słowa składajcie się na nasze kredo. W końcu najważniejsza w sukience jest kobieta.

AS: Wszystko wam idzie tak szybko? 

ZS: Błyskawicznie! (śmiech). Podczas jednych z odwiedzin mamy w Łodzi siedziałyśmy w restauracji na Piotrkowskiej 217, piłyśmy Prosecco „z kija”, obok przy stoliku dwie dziewczyny przyglądały się nam i jedna z nich powiedziała: „Tak się paniom przyglądamy i nie wiemy, która z sukienek które macie na sobie jest ładniejsza.” Popijając dalej Prosecco zaczęłyśmy snuć wizje własnej firmy. Na drugi dzień rano mama przeciągała się w łóżku, nagle wchodzi – a właściwie wpada – Zuzia, siada i mówi: „Mam nazwę dla nas. To będzie De La Fotta!”  Fotta to mamy panieńskie nazwisko. Szalenie się nam ta nazwa spodobała i od razu zagościła w naszych sercach.

AS: Zuza, jesteście z nami 9 września w Gdyni. Przyjedziecie obie z mamą pokazać nam, specjalnie przygotowaną na pokaz, kolekcję. 

ZS: Aniu, do swojej pracy podchodzimy na pełnych obrotach. Gdynię kochamy, to po pierwsze! Po drugie- chciałabym spełnić marzenie mamy, która o wizji opowiada tak: „Za rok bardzo chciałabym usiąść w tym samym miejscu na Prosecco z „kija” i usłyszeć od mojej córki: „Widzisz mówiłam warto było spróbować” i odpowiedzieć jej jak to dobrze, że mnie przekonała. Za dwa ucieszyłabym się widząc więcej sukienek de la Fotta na ulicach polskich miast.  Za trzy żeby marka była bardzo rozpoznawalna, za cztery żebyśmy miały za dużo zamówień, a za pięć żebym wymyśliła sukienkę kultową, którą każda kobieta chce. ”

AS: Może się właśnie taka tworzy?… czekamy w Gdyni! 

ZS: Bilety zarezerwowane, kolekcja już tuż, tuż.

 

Komentarze