NIE MAM NIC DO POWIEDZENIA... (4)

Człowiek do zadań specjalnych

Anna Szubert / 26 lipca 2016 / Komentarze:

Niezwykła kobieta, przedsiębiorcza, wysportowana i z wielkim poczuciem humoru. Jeśli obdarzy cię sympatią i zaufaniem, możesz na nią liczyć. Zawsze. Jej historia zawodowa mogłaby być inspiracją do napisania książki. Poznajcie Monikę Gajewską-Poppe – kobietę od zadań specjalnych. I jak wszystkie osoby od zadań specjalnych, pozostająca w cieniu… ale już niedługo. 

rozmawia Anna Szubert

Gdybym miała Cię przedstawić, a Ty miałabyś wolną rękę, to co miałabym o Tobie powiedzieć? Co Ty byś chciała innym przekazać?

Właśnie dzisiaj sobie o tym myślałam. I sądzę, że to nasze doświadczenia budują to, kim jesteśmy. Jestem po studiach prawniczych, zaliczyłam kilka kancelarii w trakcie i tuż po studiach, potem przyszła praca w korporacji. I to dość ciekawe, bo gdy zaczynałam tam pracować, to jeszcze nie była typowa korporacja. Mój numer pracowniczy to 32, wiec tak naprawdę brałam udział w budowie Ery, wcześni użytkownicy telefonów komórkowych pewnie pamiętają taką sieć. Zaczęłam tam pracę w wieku 28 lat i teraz aż dziwię się, że nie bałam się tej odpowiedzialności, którą wtedy sobie wzięłam na barki (śmiech). 

Czyli skok na głęboką wodę?

No bardzo! To świat takich pieniędzy, jakich nawet nie mogłam sobie wyobrazić. Moja rola była ważna, ale miałam też być niezauważalna. Uczestniczyłam we wszystkich posiedzeniach zarządu właściwie światowej spółki. Po powrocie z urlopu macierzyńskiego trochę sytuacja się zmieniła, zaczęłam pracę w audycie wewnętrznym tej samej firmy. Nowe otoczenie, nowe wyzwania. Bardzo miło wspominam tamten czas, zbudowane wtedy relacje pozostały do dziś.

I kiedy zaczyna się opowieść o Monice?

Trwa nieustannie. Te wszystkie doświadczenia z Ery zbudowały tą Monikę, z którą teraz rozmawiasz. Ja jestem cały czas w fazie zmiany. I u mnie ta zmiana odbywa się co parę lat. Po dziesięciu latach w korpo pojawiło się nowe wyzwanie. Moja siostra z mężem w Hiszpanii rozwijała firmę Lewanowicz, więc ja jeździłam do niej, pomagałam im w sprzedaży. W 2004 roku przestałam pracować w Erze, pojawił się pomysł, żeby otworzyć sklep w Złotych Tarasach. Co prawda galeria jeszcze wtedy była w planach, ale negocjacje już się zaczęły. Zaangażowałam się w to i jakoś naturalnie w to weszłam. Jedną z pierwszych klientek była pani Penderecka, która szła z orszakiem powitalnym podczas otwarcia Złotych Tarasów, czyli nowego serca Warszawy.

Zamknęłabyś tę całą historię w jednym zdaniu?

Jestem tu i teraz, jeśli potrzebujesz człowieka do zadań specjalnych – ja jestem tym człowiekiem (śmiech).

Wrócę do Twojej przygody z korpo. Mówiłaś, że obracałaś się w świecie wielkich, niewyobrażalnych pieniędzy. Czy młodej dziewczynie, którą byłaś, to imponowało?

Byłam zafascynowana tym światem i ich warsztatem pracy. Właściwie nie interesowało mnie to, ile oni mają pieniędzy. Fascynująca była ich kompetencja, szybkość podejmowania decyzji, umiejętność opieprzenia pracownika, ale również pochwalenia, gdy zasłużył. Nigdy potem takich ludzi, działających tak dynamicznie, nie spotkałam. Strasznie dużo się wtedy nauczyłam, te znajomości mnie zbudowały.

I po tych wszystkich doświadczeniach angażujesz się w markę Twojej siostry, Nie masz poczucia, że trochę się za nią kryjesz? 

To ciężkie pytanie, pewnie Twoja obserwacja jest słuszna. I być może dojrzeję do tego, żeby wreszcie wyjść z cienia. Być może taka będzie kolejna zmiana. Pracuję nad tym (śmiech).

W jaki sposób pracujesz?

Na razie mam marzenia (śmiech). I w nich jest stworzenie firmy, w której już nikt nie będzie stał przede mną, ja będę na froncie.

Opowiedz!

Na razie nie chcę zapeszyć.

Jakim kapitałem dysponujesz?

Kapitałem ludzkim, kapitałem doświadczeń, kapitałem wiedzy. Jest to całkiem duży kapitał.

Kapitał ludzki, to interesujące. 

Generalnie mam wokół siebie ludzi, na których mogę liczyć. I wiem też, w jaki sposób pozyskać dobrych ludzi do współpracy. Nie jestem za bardzo ufna, ale mam umiejętność rozpoznawania ludzi. I myślę, że dobrze inwestuję moje uczucia (śmiech). I myślę sobie, że ten nasz projekt „Marka wspiera markę” jest taką dobrą inwestycją.

Co jeszcze chciałabyś osiągnąć z marką Lewanowicz?

Zadowolenie klientów jest tym, co mnie trzyma. To budzi we mnie pozytywne emocje. Jeszcze jak jeździłam do Hiszpanii przychodziła do mnie taka niepozorna pani, bardzo skromna, brała koszyk, który w ciągu piętnastu minut wypełniała po brzegi, podchodziła do kasy i mówiła: „Każdy z tych modeli razy 10, proszę mi zapakować”. Fajnie by było, gdyby wróciły takie czasy (śmiech).

Dziękuję za rozmowę.

Monika Gajewska-Poppe jest jednym z filarów projektu „Marka wspiera markę”. Założenie jest proste – aby stworzyć cos razem nie trzeba wielkiego budżetu. Liczą się inne wartości: współpraca, zaufanie i otwartość. W projekcie spotkało się pięć kobiet przedsiębiorców, każda z innej branży: Monika Gajewska Poppe (biżuteria Lewanowicz), Liliana Kostka Majewska (multibrandowy butik Liya), Renata Driscoll (blog Prosperity by Renata), Agnieszka Baranowska (strateg żywienia) i Anna Szubert (Personal Branding Polska). Zobaczcie filmik z sesji zdjęciowej:

O idei projektu „Marka wspiera markę” przeczytasz również tutaj: InnPoland: Anna Szubert, Marki rosną siłą innych marek. Team branding

fot. Piotr Koziuk


 

ZOSTAŃ Z NAMI, CZYTAJ DALEJ!


 

Komentarze