NIE MAM NIC DO POWIEDZENIA... (37)

Alabastrowa królowa

Anna Szubert / 5 września 2016 / Komentarze:

Adrianna Zielińska jest niezwykła, zafascynowała mnie swoją naturalnością. Nasz wywiad robiłyśmy przez prawie miesiąc, łapiąc się pomiędzy jednym wyjazdem a drugim, pomiędzy pracą moją i jej. I w ciągu tego miesiąca liczba obserwujących profil Adrianny na Instagramie urosła o kolejne 10 tysięcy. Patrze i oczy przecieram, ale gdy tam zajrzycie zrozumiecie dlaczego tak rośnie. Poznajcie Adriannę!

rozmawia Anna Szubert   Twitter_icon   images (1)

Kim tak naprawdę jest Alabasterfox?

Pozornie najłatwiejsze pytania okazują się być tymi najtrudniejszymi 😉 Oprócz tego, że z pewnością jestem estetką ze szczególnym zamiłowaniem do czarnej kawy i francuskich makaroników, co też dość często przewija się na moich zdjęciach, to jednak na co dzień jestem po prostu zwykłą dziewczyną, która ma różne pasje i stara się je realizować. Prowadzenie bloga, profil na Instagramie, podróże – to właśnie część z nich. Na co dzień studiuję, pracuję i staram się znaleźć jak najwięcej czasu dla najbliższych, dlatego blogowanie to wciąż jedynie (absorbujący) dodatek do mojego życia, co nie ukrywam, chciałabym wkrótce zmienić.

Zmienić czyli? Przestać blogować czy … No właśnie co? Przecież jesteś mistrzynią!

To z pewnością za mocne słowo 😉 Ale myślałam o tym wprost przeciwnie – chciałabym, aby blogowanie stało się jeszcze ważniejszym niż dotychczas elementem mojego życia, chociaż może nawet nie tyle samo blogowanie, co realizowanie pasji i możliwość przekucia jej w zajęcie na pełny etat. Od dłuższego czasu próbuję połączyć podróżowanie, pisanie i oczywiście fotografię, jednak póki co to wciąż dodatek, który muszę łączyć z innymi obowiązkami. Jest to czasem dość trudne do pogodzenia, zaczynając od najprostszej rzeczy jaką jest chociażby ograniczony urlop, a wyjazdów i planów wiele. Poza tym – u mnie w dalszym ciągu wszystko jest na odwrót. Bo to Instagram jest tym konikiem, podczas gdy blog jedynie jego uzupełnieniem. Ale to akurat dla mnie dobrze.

Adrianno, no właśnie Instagram. To co się u Ciebie dzieje, a Cię obserwuje codziennie, to mistrzostwo na skalę świata. Próbuję znaleźć ta niewiadomą, ale chyba bez twojej wskazówki nie dam rady. Powiedz od czego zaczęłaś?

Profil na Instagramie założyłam mniej więcej 3-4 lata temu, czyli na długo przed tym, zanim jeszcze zaczęłam poważnie rozważać pomysł związany z blogowaniem. Publikowałam tam dosłownie wszystko, używając co rusz to innych filtrów, po prostu bawiąc się tym i nie myśląc nawet, że kiedykolwiek mogłoby być z tego coś więcej. Obserwowali mnie najbliżsi znajomi i to mi wystarczyło.

Pamiętam, że gdy w kwietniu 2014 roku wystartowałam z blogiem i podpięłam pod niego licznik kanałów w mediach społecznościowych, Instagram miał zgromadzoną setkę obserwatorów.  Latem 2015 roku, czyli lekko ponad rok później, po raz pierwszy polecono mój profil na blogu znacznie większym niż mój, do dziś jestem wdzięczna Natalii Sławek, że zechciała się wtedy podzielić mną ze światem. To była bardzo miła niespodzianka. W ciągu dwóch dni przybyło mi wtedy 300 nowych obserwatorów, co przy około 2500 społeczności było czymś w rodzaju: wow, przecież to ponad 10% przyrostu w tak krótkim czasie. Tak powoli do przodu, aż jesienią przeżyłam mały kryzys. Sytuacje losowe wymagały ode mnie, abym na ponad kwartał zmieniła miejsce zamieszkania, więc nagle z dużego miasta, przeniosłam się do maleńkiej mieściny, w której moja kreatywność została wystawiona na solidną próbę. Nie miałam przy sobie absolutnie żadnych rzeczy, z których korzystałam na co dzień, wykonując zdjęcia, pozostały mi więc dwa wyjścia – próbować ze wszystkim, co mam dookoła siebie, zmieniając tym samym klimat mojego profilu albo odpuścić i porzucić to, nad czym pracowałam i na czym coraz bardziej zaczynało mi zależeć. Była jesień, więc melancholijny nastrój można było odczuć wtedy na większości publikowanych przeze mnie zdjęć, ale próbowałam. W styczniu osiągnęłam liczbę 10 tysięcy obserwatorów i wróciłam do Wrocławia.

Projekt bez tytułu (14)

źródło: instagram.com/alabasterfox

Czyli na Instagramie pomogła Tobie popularność silniejszej marki?

To był swego rodzaju przełom, bo o ile na Instagramie bardzo często repostuje się zdjęcia innych osób, tak na blogach jest już trudniej nawiązać do profili innych użytkowników. Ale to był też czas, kiedy powoli zmieniałam treści publikowane na własnym blogu, nawiązując coraz częściej do Instagrama m.in. od strony technicznej, dlatego takie polecenia miały jak najbardziej później jeszcze miejsce, w zasadzie to nadal mają. Na blogach coraz bardziej popularne są miesięczne podsumowania, w których często blogerzy polecają ciekawe teksty innych blogerów, więc tak, nie sądzę, aby to było rzadkie zjawisko. Prawdę mówiąc, to jedna z ciekawszych form wzajemnego wsparcia wśród bloggerów, zwłaszcza tych z mniejszym stażem.

Da się zauważyć, że z lekkością nawiązujesz relacje z osobami, które Cię śledzą. Zimna kalkulacja, czy faktycznie lubisz to robić?

Budowanie relacji jest bardzo ważną i zarazem cudowną rzeczą, przynajmniej ja tak do tego podchodzę. Przez długi, długi czas to był dla mnie jedyny powód, dla którego działałam na Instagramie – chodziło o pomost pomiędzy czytelnikami bloga a mną, podczas gdy Facebook nie dawał mi tej możliwości. Później się to trochę pozmieniało – w serwisie zaczęły obserwować mnie osoby, które nie były zainteresowane blogiem, a jedynie zdjęciami, doszła też w międzyczasie część międzynarodowa, gdzie dla nich blog nie miał już kompletnie żadnego znaczenia, jako że pisałam tylko po polsku, podczas gdy Instagram prowadziłam po angielsku. W pewnym momencie doszłam do punktu, w którym to o czym mówiłam podczas prelekcji na See Bloggers, stało się bardzo trudne do realizowania – bieżące interakcje zaczęły być fizycznie coraz trudniejsze do pogodzenia z czasem, chyba że zrobiłabym z serwisu moją pracę na co najmniej pół etatu. A ja mam jeszcze bloga, normalną pracę na cały etat no i życie 😉 Budowanie relacji, odpowiadanie na komentarze, obserwowanie tego, co się dzieje i trzymanie ręki na pulsie jest szalenie istotne, przyjemne i prawdopodobnie także konieczne, gdy chcemy stworzyć coś, co ludzie pokochają i do czego będą chcieli wracać. Ale przychodzi taki czas, gdy z pewnych rzeczy trzeba zrezygnować. Wciąż odpowiadam na każde zadane mi pytanie, wysłanego maila czy wiadomość, w miarę możliwości komentuję zdjęcia osób, które obserwuję, zawsze przeglądam całą ścianę aktualności, ale to już dużo mniej z tego, co robiłam wcześniej, jednak ilościowo więcej, niż kiedykolwiek. Liczby trochę to utrudniają. Z jednej strony cieszę się, że jest tyle osób, które są zainteresowane tym, co robię, ale z drugiej – brakuje mi tej kameralności. Rośnie też swego rodzaju odpowiedzialność społeczna. To chyba najtrudniejsza część z którą przyszło mi się zmierzyć po prezentacji na See Bloggers.

Nie sposób nie zadać pytania o to, czy to fani są interesujący, czy tylko ich liczba?

Czy wszyscy są zainteresowani fanami? Chciałabym powiedzieć od razu „nie, nie wszyscy” ale czy to nie byłoby po trosze zaprzeczenie tego, co właśnie powiedziałam? Z powodu rosnącej liczby zrezygnowałam z konsekwentnego budowania relacji, bo nie dawałam fizycznie rady tego pogodzić więc de facto podjęłam decyzję. Ale z drugiej strony – czy mogłam zrobić to inaczej? Miałam powiedzieć ludziom – przestańcie mnie obserwować, bo wole skupić się na małej grupie osób, której zawsze znajdę czas by napisać kilka słów? To zaprzeczenie budowania relacji – po prostu ludzi zrobiło się za dużo, by być dla każdego na wyłączność.

Ale jedno wiem na pewno – nie dla liczb zaczęłam tę podróż. Zrobiłam to z pasji i właśnie z powodu ludzi. W końcu każdy ma swój własny powód. Jeżeli ktoś założył sobie cele biznesowe, to dla niego zarówno liczby jak i relacje powinny mieć kluczowe znaczenie. W dzisiejszych czasach marka, która źle potraktuje klienta, spokojnie może spodziewać się publicznego „linczu” w social mediach, czy to na Twitterze, Facebooku, czy Instagramie, a idąc dalej – na forum czy na blogach. Nie pochwalam tego, bo wyznaję inne zasady i zupełnie inaczej rozwiązuję problemy, ale takie mamy realia – można, więc niektórzy z tego swobodnie korzystają. Dlatego te relacje też mają znaczenie – zarówno dla marek jak i osób prywatnych.

A że wychodzi różnie… Cóż, jedni wolą kupić, inni przyciągnąć czymś, co ma wartość.

I tu dochodzimy do tego „follow 4 follow” i „follow – unfollow”, zwłaszcza u młodych osób. Nieważna zawartość, gdy ich jedynym celem są liczby. Ale czy faktycznie warto się tym przejmować i w ogóle zwracać na to uwagę? Ostatecznie to my określamy do kogo chcemy trafiać. Nasza grupa docelowa będzie z nami niezależnie od pobocznych działań osób, których jedynym celem są liczby.

Dziękuję za rozmowę.

Zrzut ekranu 2016-09-05 o 10.23.24

ZOSTAŃ Z NAMI, CZYTAJ DALEJ!

Komentarze