NIE MAM NIC DO POWIEDZENIA...-13

Agnieszka Kośnik-Zając

Redakcja / 11 kwietnia 2016 / Komentarze:

Piękna, ambitna, inteligentna, przedsiębiorcza. Założycielka Instytutu Kosmetologii Babiana, wymagająca szefowa, dobra koleżanka. Mama. Uśmiechnięta, z pozytywnym nastawieniem do życia. Inspirująca. Poznajcie Agnieszkę Kośnik-Zając.

rozmawiała Anna Szubert

Uff, denerwuję się troszeczkę (śmiech). To o czym chcesz porozmawiać?

Jak to o czym? O sukcesie! Czujesz go?

No pewnie, że czuję. 6 lat w branży, Instytut działa prężnie, rozwijamy się. Odpukać, nie mieliśmy dotąd problemów ani z klientami, ani ze sprzętem, ani z kontrahentami. Jest dobrze!

Dwa lata temu dostałaś nagrodę Businesswoman Marszałka województwa pomorskiego. Przyznaj uczciwie – pomaga?

To zdecydowanie jest przyjemne i satysfakcjonujące odbierać takie wyróżnienie, mieć w takiej sytuacji obok rodziców i męża. To była wielka frajda. A sama nagroda pomaga pod takim względem, że klienci, zwłaszcza nowi, zwracają uwagę na sukcesy właścicielki i pracowników.

Statuetka stoi w widocznym miejscu?

No właśnie nie (śmiech). Osoba spostrzegawcza z pewnością ją zauważy. Może pomyślę o jakimś honorowym miejscu.

Twój mąż jest uznanym lekarzem. Konkurujecie?

Mimo, że zajmujemy się dwiema różnymi branżami – ja kosmetologią, a on chirurgią naczyniową, to oboje mamy charakter przywódcy. Konkurujemy w pracy.

A w domu?

W domu na spokojnie. Role są podzielone. Mąż rozpieszcza, a ja stoję na straży. Słodki tata i groźna mama.

Robisz za złego policjanta.

Niestety, w tym temacie tak. Mąż Zając niepoprawnie rozpieszcza dzieci, jak tylko przekroczy próg domu (śmiech).

Co jest przedmiotem konkurencji między Tobą i mężem?

Rozpoznawalność. Do niedawna byłam przedstawiana w środowisku, jako „żona Zająca”. Śmiałam się wtedy, że to mój dodatkowy tytuł. Z czasem jednak ta korona zaczęła mi trochę ciążyć. Długo i ciężko pracowałam na to, by zostać zauważona, jako niezależna od męża osoba, specjalista w swojej dziedzinie. Udało się, bo coraz rzadziej to słyszę. Może będzie mi tego brakować, bo fajnie jest stać obok męża. Na razie jednak bardzo się cieszę.

5

Mało kto wie, że jesteś biotechnologiem. Jak zaczynałaś, to o czym marzyłaś?

Myślałam o przemyśle farmaceutycznym. Cieszę się jednak, że moja droga zawodowa tak się potoczyła, a wiedzę mogę wykorzystywać w codziennej pracy. Mam bardzo mocno w moją misję wpisana pracę na rzecz osób z chorobami nowotworowymi. O leczeniu nowotworów pisałam pracę. Coraz częściej takie osoby spotykam, choroba może przyjść bez ostrzeżenia. W pędzie życia umyka nam potrzeba badań profilaktycznych, bagatelizujemy objawy ze strachu, niewiedzy lub braku czasu.

Mówisz o sobie, że jesteś ambasadorką naturalnego piękna.

Tak. I życia bez tej presji. Bez ganiania za pięknem spod skalpela i wieczną młodością. Zakładając Babianę miałam cel, by moje klientki czuły się atrakcyjne w każdym wieku. By nie czuły się „niewidzialne” a piękne. Chciałam, żeby potrafiły odkryć piękno w zdrowym podejściu do ciała, dbania o nie tak, jak o najcenniejszy skarb. Udaje mi się. Czasami nawet odradzam paniom zabiegi, kiedy widzę, że naprawdę nie są konieczne. Spełniłam swoje marzenia, bo mój Instytut nie jest kojarzony z fabryką urody.

Przychodzą do Ciebie mężczyźni?

Na siedem kobiet mamy trzech panów. Genderowo prawie równość (śmiech).

Zauważasz różnicę w ich zachowaniu? Podobno chodzenie do salonu piękności jest niemęskie.

Różnica jest przede wszystkim w podejściu. Panie raczej podchodzą bardzo ekonomicznie do wyboru zabiegów. Panowie nie oszczędzają na sobie. Jak już są, to obsługa jest kompleksowa a przegląd cennika zaczynają od najdroższych zabiegów. Może warto to od panów skopiować? To obdarowywanie się wszystkim co najlepsze? (śmiech). Chociaż i tak najczęściej zjawiają się na… depilację.

Nie…

Tak. Również popularna jest redukcja blizn potrądzikowych, od czasu do czasu zabiegi pielęgnacyjne. Dość często odwiedzają nas panowie kulturyści, ale z problemami nie natury medycznej, a estetycznej… obym nie zdradziła zbyt wiele…

Dobrze, porzućmy temat panów. Kiedy ostatnio śmiałaś się do łez?

Śmieję się codziennie, bo klientki przynoszą ze sobą emocje i różne opowieści.

Twój kobiecy ideał?

Monica Belluci. Jest bardzo kobieca!

A idealny mężczyzna, który byłby ambasadorem marki Babiana?

Sean Connery.

Wiesz, że spośród 7 miliardów ludzi na świecie wybrałaś na ideał piękna osoby dojrzałe? W dodatku z Jamesa Bonda…

To ciekawe… Można by pomyśleć, że twarzą takiego Instytutu, jak mój, powinna być osoba o twarzy i sylwetce nieskazitelnej. Ale ja myślę zupełnie inaczej. To właśnie ta twarz naznaczona życiem jest dla mnie interesująca i ma w sobie „to coś”.

Dla swoich klientów właśnie szukasz tego „czegoś”?

Szukam umiaru. I myślę, że klienci to widzą. Do wszystkich nowinek typu „wampirzy lifting” – swego czasu bardzo modny, podchodzę z dystansem. Dwa razy w roku uczestniczę w konferencjach medycznych, podczas których omawiane są przypadki nieudanych zabiegów, powikłania. Zawsze czekam na te opinie ekspertów, a potem… sprawdzam na sobie.

Jak to?

Oczywiście! Przykładowo zanim maszyna trafi do gabinetu, musi zostać przez nas przetestowana. Testujemy osobiście z mężem.

Nie jesteś lekarzem, ale w pracy mocno podpierasz się zasadą „po pierwsze nie szkodzić”.

Moim zdaniem to postawa, która ma zastosowanie nie tylko w zawodzie lekarza. To powinien być fundament pracy ludzi każdej profesji, w której człowiek oddaje się z zaufaniem w czyjeś ręce. Nie ma od tego wyjątków.

Firma się rozwija, widać, że jesteś szczęśliwą kobietą. Co musiałoby się jeszcze wydarzyć, żebyś powiedziała: „jestem w niebie”?

Tak naprawdę to ja już jestem w niebie. Osiągnęłam wszystko, co chciałam osiągnąć.

Dziękuję za rozmowę.

Komentarze